your movie guide

Starość niczym druga młodość

Z radością stwierdzam, że moda na seriale oraz filmy o ludziach po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, którzy są już raczej bliżej końca swojego życia niż jego początku ma się całkiem dobrze zarówno w kinie brytyjskim, jak i amerykańskim. Niejednokrotnie już zachwycałam się nad „Zamieszkajmy razem” czy „Hotelem Marigold”. Teraz przyszedł czas na serial „Grace and Frankie”.

Grace (Jane Fonda) i Robert (Martin Sheen) oraz Frankie (Lily Tomlin) i Sol (Sam Waterston) przyjaźnią się od 40 lat, a ich małżeństwa trwają już od 20. Panowie prowadzą wspólnie dobrze prosperującą kancelarię i to właśnie oni spajają dwie rodziny ze sobą. Grace i Frankie za to wybitnie za sobą nie przepadają. Ich życie diametralnie się zmienia, gdy podczas wspólnej kolacji Sol z Robertem oświadczają, że… są w sobie zakochani i zamierzają się pobrać. Żony zostaną skazane na siebie, aby uporać się z nową sytuacją. Wspólne mieszkanie Gracie i Frankie przyniesie sporo zaskakujących sytuacji oraz przystosowywania się do życia bez długoletnich partnerów.

Pomimo, że „Grace and Frankie” jest serialem opowiadającym o zupełnie nierealistycznej, nieprawdopodobnej sytuacji, to prezentuje się znakomicie jako obraz problemów ludzi 60+. Nie zabraknie więc rozmów o seksie i uświadamianiu dorosłych dzieci, że „tak, rodzice nadal to robią”; o fobiach oraz panikach, które kształtują się w nas przez całe życie, a w pewnym wieku nawet się nasilają; o strachu przed upadkiem, czy gdybaniem, czy w danym wieku coś się robić powinno albo robić się nie powinno.

Siłą produkcji oraz jej najbardziej komediowym składnikiem są dwie kontrastowe (przy tym świetnie napisane) postacie. Grace to tzw. „kobieta z klasą” – zawsze oszałamiająco piękna, dobrze ubrana, znająca wszystkie zasady savoir vivre, która stara się żyć perfekcyjnie i zawsze trzymać się konwenansów. Frankie to od dawna zbuntowana hipiska – mimo wieku wciąż pali marihuanę, w wolnym czasie maluje i uczy byłych skazańców, jej ubiór z daleka krzyczy „make love not war”, nie nosi stanika i jest wegetarianką. Oczywistym jest, że to właśnie docieranie się obu pań, ich wspólne życie w domu przy plaży, próba tolerowania przyzwyczajeń rodzi komiczne, a czasem i absurdalne sytuacje. Nie trudno się domyśleć, że wraz z kolejnymi wydarzeniami, Grace i Frankie zaczną się do siebie zbliżać, a być może nawet się polubią. Obie bohaterki są naprawdę poruszające, co uwidacznia się w tym dramatycznych scenach pokazujących tęsknotę oraz strach przed nowym.

Muszę przyznać, że znakomicie ogląda się serial o starszych ludziach, którzy przeżywają kolejną młodość. Ich problemy, a niekiedy nawet emocjonalność, można porównać do dojrzewającego nastolatka czy młodego człowieka u progu dorosłości. Szczególnie widać to w scenach damsko-męskich, gdy kobiety zapominają, jak flirtować oraz panicznie boją się pierwszej randki.

Różnica między bohaterkami nie tylko tkwi w ich charakterach oraz przyzwyczajeniach, ale także w ich relacjach z (już byłymi) mężami. Grace i Robert przez całe życie żyli w kłamstwie – chcieli wyglądać w oczach innych jak najlepiej, udawać idealną rodzinę. Jak stwierdzają oboje w jednym z odcinków – nigdy nie mówili sobie tego, co naprawdę myślą. Podczas oglądania kolejnych epizodów nabieramy więc przekonania, że dla Grace cała sytuacja okazuje się bardziej korzystna niż początkowo mogło się wydawać, ponieważ przez lata tkwiła w związku, który stał się po prostu sumą przyzwyczajeń, tradycji, a teraz otworzyły się przed nią drzwi wolności. Wydaje się nawet, że Robert i Grace lepiej odnajdują się właśnie w takiej roli – znajomych, przyjaciół niż życiowych partnerów. Za to Frankie i Sol byli małżeństwem, a także najlepszymi przyjaciółmi. Po rozstaniu nie umieją ograniczyć swoich więzi, nadal się o siebie martwią, troszczą i mają wspólne przyzwyczajenia. Frankie jest tą postacią, która najmniej umie sobie poradzić w tej absurdalnej sytuacji, bo zabrano jej to, co było dla niej w życiu najważniejsze.

W jednym z odcinków padają słowa, co by było, gdyby stało się to samo, tylko ich długoletni partnerzy wdali się w związki z kobietami. Bo przecież nawet infantylne, choć trzydziestoparoletnie dzieci nie przyjęłyby tego z takim dystansem; przecież nikt by się nie śmiał, a z samego punktu wyjściowego nie mógłby powstać serial komediowy. Serial Marty Kauffman zadaje więc pytanie – czy zdrada z osobą tej samej płci jest bardziej akceptowalna? A może nawet staje się pewnym przyzwoleniem?

Pojawia się parę absurdalnych scen czy wątków, które raczej nie wywołują śmiechu, a zdziwienie czy nawet zażenowanie samym pomysłem. Takich jak ta porodu w domu czy tego, że pewien starszy pan, który przez całe życie podróżował po świecie, zjadł niegdyś człowieka. Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę, że punktem wyjścia jest sytuacja dość nierealistyczna, owe wątki komponują się z całością produkcji.

Serial może poszczycić się także znakomitą obsadą. Naprawdę trudno byłoby dokonać lepszych wyborów. Jane Fonda i Lily Tomlin od lat znają się prywatnie, co również łatwo zauważyć na ekranie. Pomiędzy aktorkami widać wyraźną chemię oraz to, że doskonale czują się w swoim towarzystwie. Obu udaje się ukazać, że są odtwórczyniami, dla których wiek nie ma znaczenia, a czas obszedł się z nimi wyjątkowo łagodnie. To dzięki nim także odgrywane przez nie bohaterki są wyjątkowo poruszające w swoich lękach, dramatach codzienności, wyborach życiowych. Podobna sprawa ma się z Martinem Sheenem i Samem Waterstonem – to duet, który się wzajemnie uzupełnia, tworząc złudzenie, że rzeczywiście darzą się ogromnym uczuciem.

„Grace and Frankie” to serial przede wszystkim komediowy, naprawdę zabawny w swojej nieprawdopodobności oraz w przedstawianiu relacji między postaciami. Lecz to również produkcja niezwykle wzruszająca przez świetnie wykreowanych bohaterów, którzy z miejsca budzą naszą sympatię. Powinien się przy niej dobrze bawić każdy, niezależnie od płci czy wieku – należy jedynie odstawić na bok swoje uprzedzenia.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook