Filmaster

your movie guide

Adaptacja aforyzmów Coelho

Od kilku tygodni najnowsza produkcja Jerzego Skolimowskiego reklamowana jest przede wszystkim hasłem „polski kandydat do Oscara”. Większość odbiorców zapewne wybrała się więc na seans z tego powodu. Przyznaję się, że i ja dałam się w ten sposób zwabić. Zazwyczaj nie czytam opisu fabuły, nie zrobiłam tego także w przypadku „11 minut”. Kto wie, może gdybym przeczytała to bym nie poszła? Może nie zmarnowałabym całych 12 zł, które lepiej byłoby wydać nawet na jakieś niezbyt zdrowe jedzenie?

Centrum Warszawy, godzina 17.00. W ciągu najbliższych 11 minut losy różnych ludzi złączą się ze sobą na skutek konsekwencji ich działań. Zazdrosny mąż i jego żona-aktorka, reżyser, który próbuje ją uwieść, diler kryjący się w przebraniu kuriera, człowiek naprawiający okna na dużych wysokościach oraz jego partnerka, z którą wybiera się zdobywać kolejny szczyt, podpalaczka i jej były chłopak, sprzedawca hot-dogów, złodziejaszek, uliczny malarz i ekipa pogotowia ratunkowego. To właśnie tych mieszkańców wielkiego miasta obserwujemy, gdy ich losy przeplatają się ze sobą w ciągu krótkich jedenastu minut. Jaki będzie finał tego przypadkowego spotkania przypadkowych ludzi?

Poniekąd rozumiem założenia tej produkcji. Jeśli przyjrzymy się prywatnemu życiu reżysera, dowiemy się, że trzy lata temu nagle zmarł jego syn. Jednak nie zmienia to faktu, że ów koncepcja nie dość, że została wykorzystana przez kino multum razy, to opowiada o wszystkim i o niczym. Czego w tym filmie nie było? Zaprezentowany został przekrój mieszkańców wielkiego miasta. Lecz z tego przekroju nic nie wynika. Że niby co? Że każdy jest inny i zaprezentowany zostaje cały wachlarz zawodów? Że każdy dźwiga swój bagaż przeszłości? Banał, banał, banał, w dodatku źle zaprezentowany banał. Głównym przesłaniem zdaje się być: "doceniaj życie, bo w jednej chwili możesz je stracić" lub "czasem nie ma drugiej szansy, wykorzystaj pierwszą". Nie uważam, że w oczywistościach jest coś złego. Wręcz przeciwnie. Jerzy Skolimowski ubrał jednak prostotę w zbyt wiele warstw, na siłę chciał stać się filozofem. Ambicja go przerosła, co poskutkowało mdłym, mydlanym obrazem.

Bohaterowie wydają się być płascy i jednowymiarowi, nie poznajemy ich historii na tyle, aby zrozumieć ich wewnętrzne zgrzyty czy tragedie. W związku z tym, że film jest szokująco krótki – 81 minut – nie starcza miejsca na jakiekolwiek rozwinięcie wątków. Wszystko zostało potraktowane po macoszemu. Nic nie wybrzmiewa tak, jak powinno, nikt nie zostaje potraktowany z właściwym mu respektem. Przez to niekiedy można odnieść wrażenie, że to nie film psychologiczny, a jego farsa, wariacja na temat.

Dziwi mnie także, że produkcja Skolimowskiego została przypisana do gatunku jakim jest thriller. Niestety, to karkołomne niedopatrzenie. Nie ma tutaj ani grama napięcia czy jakiejś niewiadomej. Na domiar złego rozwiązanie losów wszystkich postaci, wielki finał, pomimo, że powinien zaskoczyć, zadziwić, okazuje się do bólu schematyczny. Wyobraźcie sobie najbardziej sztampowy koniec w przypadku podobnych konwencji. Macie to? Tak, to właśnie zakończenie „11 minut”.

Warto również zwrócić uwagę na dialogi. Kumuluje się tutaj jakaś połowa z irytującego patosu całej produkcji, która wysiąka z niej niczym ropa. Wystarczy chociażby wspomnieć jakże fascynującą rozmowę handlarza hot-dogami z zakonnicami na temat najdłuższego hot-doga na świecie. Nie można także zapomnieć o aforyzmach, których można się dopatrzeć w wielu dialogach oraz o tym, że każde słowo w tym filmie wypowiadane jest niczym najważniejsze „amen”, co czyni seans jeszcze bardziej nieznośnym.

Nawet aktorstwo oraz zdjęcia są tu żadne. Skolimowski zaangażował do filmu naprawdę znakomitych aktorów. Sprawiają oni jednak wrażenie, że sami nie wiedzą, co robią w tym świecie przedstawionym ani kogo odgrywają. Gdybym dostrzegła w tym obrazie chociaż jedną ciekawą scenę, wierzcie mi, napisałabym o niej. Nic takiego jednak nie znalazłam. Wojciech Mecwaldowski, Andrzej Chyra, Dawid Ogrodnik, Agata Buzek, Jan Nowicki czy Piotr Głowacki nie mogą zaprezentować nawet ułamka swoich umiejętności, skoro ciąży nad nimi nudna, bezsensowna fabuła bez polotu. Zaś jeśli chodzi o zdjęcia... film rozpoczyna się od scen kręconych amatorską kamerą, prezentującą wydarzenia z perspektywy bohaterów. Doceniłabym ten obraz, gdyby został utrzymany w takiej konwencji – dodałoby mu to nieco więcej realizmu. Jednak twórcy szybko rezygnują z takiego sposobu przedstawiania zdarzeń, czyniąc ciekawy początek kolejnym oklepanym elementem.

Nie rozumiem, dlaczego na Festiwalu w Wenecji „11 minut” dostało owacje na stojąco. Nie rozumiem, gdzie można tu odnaleźć jakiś psychologizm postaci czy większą filozofię. To obraz ponad wszelkie miary płytki, patetyczny, nudny i nie warty nawet zaszczycenia go spojrzeniem. Smutne, że to właśnie ta produkcja została „polskim kandydatem do Oscara”. Było w czym wybierać, bo w tym roku pojawiło się już kilka produkcji o niebo lepszych od najnowszego filmu Jerzego Skolimowskiego.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook